A. Cole & C. Bunch
Sten
. 26 .
Sten gwizdnął bezgłośnie i kopnął drzwi tak, aby się zamknęły.
Muchy zaczęły kręcić się już dookoła odciętej głowy H'mida leżącej na blacie
lady.
Sten schylił się i dotknął palcami kałuży krwi dookoła ciała.
Wciąż trochę płynna... nie więcej niż godzina. Sten sięgnął ponad ramieniem i
wyjął mały kawałek w kształcie litery W, który utkwił pomiędzy łopatkami.
Okrążył ladę i cicho przebiegł przez schody prowadzące do
mieszkania właściciela sklepu. Pustka. Żadnych śladów przeszukiwania czy
rewizji. Źle, bardzo źle. Ostrożnie uchylił jedno okno, a potem spojrzał przez
nie.
O dwa dachy dalej przyczaiło się trzech Q'riya, spoglądając w
dół na ulicę. A poniżej... jeszcze jeden, tuż pod drogą ucieczki Stena. Bardzo
źle zamaskowany, wypastowane czubki butów zdradzały go połyskując spod skraju
długich szat.
Próbowali go znaleźć czy był już w pułapce? Sten pomyślał
znowu. Chcieli go złapać. Sklep spożywczy po drugiej stronie wąskiej ulicy miał
zamknięte okiennice. Nie o tej porze dnia. Wewnątrz musiał być oddział M'lan,
zbójów na usługach szczepu Q'rxya.
Sten przycisnął się do ściany... wdech licząc do czterech,
wydech licząc do czterech, wstrzymać licząc do sześciu. Dziesięć razy. Poziom
adrenaliny nieco opadł. Sten zaczął poszukiwać sposobu wydostania się z tej
sytuacji. Z warsztatu H'mida zaczerpnął garść bransolet, do których nie
przyłączono jeszcze kamieni i zdjął gąsior z kwasem z półki. Powrócił do okna i
czekał. Miał zapewne około dziesięciu minut, zanim tamci zdecydują, że pora
wykurzyć szczura z pułapki.
Poniżej zagrzmiał wóz. Doskonale. Ostrożnie wyrzucił gąsior z
kwasem na zewnątrz, w sam środek wysuszonego ładunku ziarna. Wycelował... ręka
zadygotała lekko, podążając za jadącym prosto wozem.
Ogień. Gąsior stłukł się. Podniósł się dym i wóz stanął w
płomieniach.
Wrzaski. Krzyki... dym powoli wypełniał uliczkę.
Już nic więcej nie był w stanie zrobić.
Sten zatknął końce szaty za mankiety, zrzucił sandały i
prześlizgnął się przez okno. Zawisł na rękach, potem skoczył.
Upadł na dół, przylgnął do ziemi. Okiennica otworzyła się i
jakiś ciężar walnął w ścianę tui nad nim. Sten podniósł się... trzy długie kroki
przez ulicę i długi skok przez otwarte okiennice.
Trafił do środka, obrócił się i nastawił broń na ogień ciągły.
Trzech M'lan leżało na podłodze, drugi łapał powietrze przez
szeroko rozcięte gardło. Sten wymierzył drugie uderzenie w środek jego czoła i
przesunął się w kierunku tylnych drzwi. Wypadł na zewnątrz i zaklął. Typowy
labirynt, strome schody wiodły w dół, przez małe domlti Fal'ici. Sten
przeskoczył przez poręcze i wślizgnął się pośród zabudowania. v' Krzyki, wrzaski
i strzały dochodziły z ulicy.
Sten nie bał się. Fal'ici nie udzielą żadnych informacji, aby
pomóc M'lan, nawet trzymani na muszce.
Wyszedł z koszmaru ruder na inną ulicę. Doskonale. Po raz
pierwszy miał szczęście. Zastanawiał się. Panował tłok... łącznie ze wzmocnionym
patrolem M'lan. Musieli zostać zaalarmowani. Gdy zobaczą biegnącą postać,
puszczą się w pogoń.
Sten szarpnął za ręczny wózek, przeskoczył przez dyszel, potem
obrócił się i podrzucił wysoko w górę jedną z bransolet H'mida. Złoto błysnęło w
jasnym słońcu i zapanował natychmiastowy chaos. Ludzie wybiegali z zaułków, o
których istnieniu Sten nawet nie wiedział.
Gdzieś w tym kotłującym się thimie zostali M'lan. Sten,
pomyślał, że bardzo możliwe, iż jeden albo drugi Fal'ici mógł właśnie oderwać
się od złota i spróbować zanurzyć kilka centymetrów wyszlifowanego szkła w
gardle żołnierza.
Zwolnił krok, opuścił szatę i ostrożnie odwrócił się. Dał i
monetę kwiaciarce i wyjął z jej wózka największy kwiat. Schował w nim nos i
poszedł do przodu.
Jak... epi? Epi... cholera z tym! Zapyta Doca, gdy powróci do
kryjówki.
Godzinę zabrało Stenowi przekonanie się, czy nie ciągnie za
sobą ogona. Nie miał wysokiego mniemania o inteligencji żołnierzy Q'riya, ale
było ich wystarczająco wielu, aby posłać za nim wielu szpicli.
Był czysty, więc skręcił szybko w bramę skromnego domu, gdzie
pracował zespół Sekcji Modliszki, i wszedł do środka.
Do większego chaosu. Wyposażenie było pakowane dokładnie, ale
bardzo, bardzo szybko. Alex stał przy drzwiach, trzymając odbezpieczony karabin
gotowy do użycia. Sten objął to wszystko spojrzeniem.
- Spadamy? - zgadywał.
- Jasne, stary - powiedział Alex. - Ta Vinnettsa chciała nas
przekonać, że pogadała sobie z tamtymi typami, co za nią chodzili.
- I powiedzieli coś?
- A ty byś nie powiedział? Założę się, że odbyli swoją spowiedź
przedśmiertną.
- Ktoś odciął H'midowi głowę i zostawił, żebym ją znalazł -
zrelacjonował Sten. Podszedł do stołu i podniósł szklany dzbanek. Kciukiem
odchylił pokrywkę, wsadził dziobek w usta i przełknął. Postawił go z powrotem i
popatrzył na wysokiego na pół metra misia siedzącego spokojnie na jedynym
wygodnym krześle w pokoju. Istota miała niemal dobrotliwy wyraz twarzy.
- Doc?
- Typowo ludzkie - zamruczał misio z zadowoleniem. Wy ludzie
dalej walczycie ze sobą jak za czasów kamienia łupanego. To dowodzi istnienia
istoty boskiej. Bylibyście nadal w swojej dżungli, zbierając owoce palcami u
nóg, gdyby nie wmieszał się w to jakiś Bóg, taki czy inny. Z wyjątkowo paskudnym
poczuciem humoru, chciałbym dodać.
Vinnettsa zbiegła po schodach, zwijając po drodze drut od
anteny na dachu.
- Chodź tu, Doc. Nie mamy czasu na pieprzenie.
Doc rozłożył ręce w geście, którego nauczył się od ludzi,
zeskoczył z krzesła i zaczął pakować wyposażenie do lekkiego plecaka.
Ida powoli wyłoniła się z szafy, stanowiącej wejście do pokoju
łączności. Podniosła na próbę swój pakunek.
- Doc ma rację. Nie możemy oczekiwać subtelności od kogoś
innego niż my sami. Teraz, dlaczego oni nie wyślą zespołu...
Alex prychnął.
- Dlatego, że nasz Imperator nie lubi, kiedy ktoś kradnie spod
niego jakiś świat.
Ida pomyślała chwilę.
- A jeśli my go ukradniemy, a to myśl warta zastanowienia, to
on nie będzie musiał się martwić, prawda?
Sten rozejrzał się dookoła. Frick i Frack wyfrunęli spod okapu
i czekali.
- Czy namierzyli nas?
- Zaprzeczenie - zaskrzeczał Frick. - Przylecieliśmy dziesięć
minut temu. Nie widzieliśmy nic.
Może. Te dwa podobne do nietoperzy stworzenia nie zajmowały
wysokiej pozycji na liście superinteligencji. A może Sten nie wyartykuował
dostatecznie wyraźnie swojego pytania. Ale informacja była prawdopodobnie
właściwa.
Zespół mógł już się zwijać. Zaczęli naradę.
- Musimy zwiewać - stwierdził miękko Alex. - Myślicie, że nam
się uda?
Jorgensen ziewnął. Rozwalił się obok swojego plecaka, trzymając
broń w pogotowiu.
- Jesteście pewni, że nic więcej nie możemy zrobić? Mahoney
pourywa nam łby, jeśli nawalimy.
Sten popatrzył na Doca, który poruszał wąsami.
- Myitkina - powiedział Sten. To było słowo, które wprowadzało
Jorgensena w trans. Postawny blondyn usiadł w bezruchu.
- Możliwości - warknęła Vinnettsa.
- A. Przerwać misję i wycofać się.
B. Kontynuować misję i zakładać niewykrywalność.
C. Rozpocząć alternatywny program.
- Rozwiń to - powiedział Sten.
- Rozwiązanie A. Misja o wysokim priorytecie. Aktualnie
niewykonalna. Rozważać jako ostateczność. Prawdopodobieństwo przeżycia
dziewięćdziesiąt procent, jeśli zakończenie nastąpi w ciągu pięciu godzin.
- Dalej - powiedziała Vinnettsa.
- Rozwiązanie B. Dane niewystarczające do absolutnej pewności.
Wniosek, że lokalny agent załamał się przy przesłuchaniu. Nie zalecane.
Prawdopodobieństwo przeżycia mniej niż dwadzieścia procent.
Członkowie zespołu spojrzeli po sobie. Głosowali w milczeniu.
Jak zwykle nikt nie zadał sobie trudu, aby zapytać o zdanie Fricka i Fracka.
- Dwa Myitkina. - Jorgensen wyszedł z transu.
- Jaki plan? - zapytał.
- Złodzieje i policjanci - powiedział Alex.
- Nie jest tak źle - stwierdził Jorgensen. - Muszę tylko dużo
biegać.
Sten prychnął. Alex klepnął go w plecy, przyjazny gest, który
omal nie przerzucił Stena przez ścianę. Czasami ten okrągły mężczyzna,
pochodzący ze świata o ciążeniu trzy razy wyższym od ziemskiego, zapominał się.
Sten ze świstem wciągnął powietrze do płuc.
- Sten, z ciebie całkiem odważny facet. Coś mi się przypomina,
jakaś bajeczka o chłopaku, który uwalniał tygrysa. Albo coś w tym rodzaju.
Sten powoli skinął głową i zaczął szykować broń.
Przez pokój patrzył na niego morderca. To musiało jeszcze
zaczekać przez jakiś czas. Przyszłość zabójcy zależała od sukcesu zespołu.
|